czyli naprawiamy zasilacz do iBooka/PowerBooka G4

Załóżmy, że jesteś wrednym mosistą, który korzysta na co dzień ze szrotowego sprzętu od znanej firmy, sprzedającej zbyt drogie, rebrandowane pecety. Na domiar złego, Twój sprzęt został sprzedany z horrendalną marżą już ponad dekadę temu (dla nieogarów – chodzi o iBooka G4 lub PowerBooka G4). Twoją codzienną sielankę przerywa jednak pewnego dnia awaria zasilacza, a konkretnie – jego kabla, który urwałeś sam, przegryzł chomik siostrzeńca, albo odcięła nożem zazdrosna o Twoją uwagę dziewczyna. Pół biedy, jeśli rozwalił się pośrodku (kable można wyizolować, skręcić, zlutować, i założyć koszulkę), ale z reguły usterka ma miejsce w dwóch kluczowych miejscach – albo przy samym zasilaczu, albo przy samej końcówce, a wtedy bez konkretnej dłubaniny się nie obejdzie.
Druga przykrość, która mogła Cię spotkać, to kompletny pad zasilacza, lub zakup komputera bez niego. Kupno nowego może konkretnie nadszarpnąć nasz budżet, gdyż używki potrafią w ekstremalnych przypadkach kosztować nas równowartość banknotu z Władysławem Jagiełłą. Można oczywiście kupić chiński zamiennik, ale z doświadczenia wiem, że potrafi zamiast obiecanych 65 W dawać ich około 24. Ostatecznym rozwiązaniem może się wtedy okazać zakup sprzętu z kategorii „sprawny, ale zmaltretowany”, z którego przy niewielkim skillu i wskazówkach z niniejszego tutoriala zrobimy niemal „funkiel nówkę, Jobs płakał jak sprzedawał, do dzisiaj dzwoni posłuchać jak pyrczy pod obciążeniem”. Zatem – do dzieła!

Wariant 1 – kabel urwany przy obudowie zasilacza,

a następnie zgubiony, spalony, zjedzony i wydalony w nieznanym nam miejscu, ewentualnie urwana i zagubiona w akcji końcówka:

Opisywany wariant jest prostszy, dlatego idzie na rozgrzewkę. Odpowiedni kabel wystarczy: przełożyć z drugiego, niesprawnego zasilacza, lub nabyć na znanym portalu aukcyjnym za kilkanaście złotych. W pierwszym przypadku zachowamy fikuśny ficzer „święcącej obrączki”, informującej czy komputer się ładuje, czy już nie. W drugim – niestety mamy do czynienia z chińskim zamiennikiem, który co prawda działa bez zarzutu, ale świecić już nie świeci (potrzebna jest do tego dodatkowa elektronika i diody, których nasi serdeczni przyjaciele z Państwa Środka nie zdecydowali się zmieścić w kuszącej swym krągłym kształtem wtyczce).

Zanim jednak weźmiemy się za lutowanie kabla, należy rozwalić zasilacz. Potrzebne nam będą do tego dwie sprawne ręce, szczypce uniwersalne i trochę brutalnej, zwierzęcej siły. Najskuteczniejsza metoda otwarcia naszej „puszki” to najpierw odchylić zaczep do zwijania kabla, a następnie włożyć w powstałą wnękę końcówkę szczypiec i rozchylić je.

W tym właśnie momencie przyda się trochę siły, ale przyłożonej z umiarem – pudło jest solidnie sklejone w środku i może się zdarzyć, że „spęka”. Operację powtarzamy dla drugiej strony, potem delikatnie podważamy jakimś płaskim śrubokrętem i już powinniśmy mieć dostęp do wnętrza zasilacza. Uwaga, zaczepy do zwijania kabla oczywiście wylecą podczas tej operacji, lepiej pozbierać wszystkie plastiki i blaszki, żeby potem się nie zastanawiać gdzie przepadły.

Dobrze też zapamiętać co, gdzie i w jaki sposób było włożone.

W środku znajdziemy oczywiście bebechy, zawinięte dodatkowo w aluminiową blachę izolującą. W niektórych rewizjach jest ona zalutowana, w innych – sklejona. Raczej nie obejdzie się bez jej odginania, choć jeśli jesteście bardzo zdolni…

Skoro widzimy już gdzie kończy się kikut naszego kabla, pora na małe rozlutowanko. Rozgrzewamy cynę w miejscach lutowania i wyciągamy niepotrzebną końcówkę szczypcami. Drobna uwaga – warto zapamiętać w którym miejscu znajdował się kabel czarny, a w którym szary. Szkoda laptopa, który prawdopodobnie by „puffnął” gdybyśmy podłączyli nowy kabelek odwrotnie.

Pora na przylutowanie naszego nowego kabla w oczyszczone w poprzednim kroku miejsca i złożenie wszystkiego z powrotem do kupy. Stary klej oczywiście nie da rady ponownie związać obudowy w jedną część, więc wypada użyć drobnego wspomagania. Poradniki na sieci polecają cyjanoakrylat, czyli popularną „Kropelkę”, ja jednak postanowiłem użyć dwuskładnikowego, przezroczystego kleju epoksydowego. Po złożeniu całości założyłem ścisk stolarski i nałożyłem warstwę kleju wzdłuż „szwów” zasilacza (omijając części ruchome, czyli – w naszym przypadku – zaczepy do zwijania kabla).

Zaraz zaraz, czy nie zapomniałem o czymś? Ach tak, wypadałoby może przetestować czy nasza przeróbka działa! Z serca doradzam zrobić to zanim zaczniemy szaleć z klejem.

Wariant 2 – kabel urwany przy samej wtyczce:

Pierwsze co musimy zrobić w takim przypadku to uwolnić końcówkę wtyczki, czyli zdjąć z niej białą, plastikową osłonkę. Ja użyłem do tego celu przecinaka, ale słyszałem też o metodzie „bez cięcia”, z wykorzystaniem wąskiego ostrza (żeby oddzielić świecący pierścień od osłonki) i zębów (żeby przytrzymać końcówkę w ustach, podczas gdy będziemy zdejmowali osłonę palcami).

W każdym wypadku, po ściągnięciu osłony naszym oczom ukaże widok jak na obrazku.

Jak widać, wewnątrz wtyczki mamy płytkę z dolutowanymi z dwóch stron przewodami z naszego kabelka. Zgodnie z przewidywaniami, jeden z nich będzie szary, a drugi czarny. Warto już teraz zaznaczyć sobie/zrobić zdjęcie który gdzie idzie, żeby później nie musieć rozbebeszać kolejnej końcówki dla porównania. Wygodę odlutowywania wydatnie zwiększy delikatne zsunięcie przezroczystego, plastikowego pierścienia w stronę końcówki. Teraz już można uwolnić pady od niepotrzebnych, urwanych kabli.

Nadeszła pora na przygotowanie drugiej części urwanego kabla (zakładając, że nie został zgubiony, spalony, zjedzony i wydalony w nieznanym nam miejscu). Po ściągnięciu kilku centymetrów izolacji okazuje się, że wewnątrz znajdziemy przewód szary, miedziany oplot i jakieś nylonowe włókna, których oczywiście wypada się pozbyć. Oplot skręcamy, a następnie elegancko zaizolowujemy, choćby rurką termokurczliwą.

Końcóweczki posrebrzamy, a następnie dolutowujemy do odsłoniętych wcześniej padów (jeśli osłonę zdjęliśmy bez jej rozcinania, dobrym pomysłem będzie założenie jej na kabel zanim zaczniemy lutować)

Reszta, czyli zabezpieczenie wtyczki to już kosmetyka. Używamy epoksy, kleju na gorąco, srebrnej taśmy – co kto woli. Oczywiście wypada wykonać uprzednio test poprawności działania.

Jak widać na załączonym obrazku – wszystko się pięknie ładuje, można zatem usiąść i napawać się dobrą robotą, sącząc powoli przez słomkę sok porzeczkowy (przy tym można na przykład zajrzeć na PPA).

To już wszystko w bieżącym odcinku, do zobaczenia w przyszłości!

 

recedent – Amiga NG (3) 2/2018

—> do spisu artykułów